wtorek, 24 marca 2026

Wioletta Filipowska Ulice, która pamiętały wojnę

 


Data wydania: 18-03-2026

Wydawnictwo: Filia

Ilość stron: 312


15/2026

Wiecie doskonale, że kocham debiutujących pisarzy i jak tylko mam okazję to bardzo chętnie sięgam po ich książki. Wioletta Filipowska debiutowała właśnie Ulicami, które pamiętają wojnę. Okładka cudnej urody, opis zachęcający, bo oczywiście II wojna światowa w tle i tutaj niestety moje zachwyty nad książką się kończą. Nie znaczy to, że była ona zła, ale nie było nam niestety po drodze. Dacie wiarę, że te 312 stron czytałam dwa tygodnie. Gdyby nie fakt, że dostałam ją do recenzji od Wydawnictwa Filia to pewnie po pierwszym rozdziale powędrowałaby na półkę. 

Książka jest utkana ze wspomnień najpierw młodej Antoniny, której wojna zabrała wszystko. Dorastająca dziewczyna straciła nie tylko dom i przyjaciółki, ale i poczucie stabilizacji i bezpieczeństwo. Razem z matką i młodszą siostrą trafiają do Łodzi, gdzie znajdują schronienie u najbliższej krewnej. To tutaj walczą o każdy dzień i szukają zajęcia, które nie tylko da im zarobek, ale i pozwoli przetrwać. To w Lodzi Apolonia poznaje swoją pierwszą miłość, ale niestety z planów na bycie razem zostają nici, bo Julek tak jak się nagle pojawił tak zniknął i ślad po nim przepadł. Po wojnie Apolonia wraz z matką znowu szukają swojego miejsca, bo ich rodzinny dom zbombardowali Niemcy. 

Opowieści Antoniny słuchamy razem z jej wnuczką, bo to z tej perspektywy poznajemy losy głównej bohaterki. W tle przewija się też szklana salaterka i anyżowe landrynki. Dlaczego??? Jeśli sięgniecie po debiutancką powieść Wioletty Filipowskiej to Wasza ciekawość będzie zaspokojona.

Przyznaję, że skończyłam Ulice, które pamiętały wojnę niejako z obowiązku, ale bez grama przyjemności. Nie kliknęło między mną a książką od pierwszego rozdziału i tak niestety zostało do końca. Zabrakło mi w książce emocji, które sprawiają, że czyta się ją z zapartym tchem i trochę jak dla mnie było chaotycznie, a miejscami nawet nudno. Szkoda, bo polubiłam  Antoninę i byłam niezmiernie ciekawa jej losów tych wojennych jak i powojennych. Zabrakło mi jednak tego czegoś co sprawia, że książka na długo zapada w pamięci. 

Czytaliście Ulice, która pamiętały wojnę Wioletty Filipowskiej? Jeśli tak to dajcie mi koniecznie znać jak Wam się podobała ta książka.


Moja ocena 5/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Filia


niedziela, 22 marca 2026

Kristin Harmel Skradzione życie Colette Marceau


Data wydania: 11-02-2026
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 432

14/2026

Wstyd się przyznać, ale dotychczas nie przeczytałam żadnej książki Kristin Harmel. Dopisywała do mojej niekończącej się listy do przeczytania i na tym moja działalność się kończyła. Skradzione życie Colette Marceau kupiłam przez zupełny przypadek, wrzuciłam na czytnik i postanowiłam dzisiaj w końcu zerknąć czy fantastyczny opis odpowiada równie genialnej książce. I wiecie co? Zaczęłam i przepadłam, warto było wydać każdą złotówkę i warto było spędzić tak niedzielę jak ja dzisiaj. Ależ to było dobre, napisane w przemyślany sposób i wciągające od pierwszej strony.  Mamy tu jeszcze akcję, która toczy się dwutorowo, a więc współcześnie i w okupowanym Paryżu. Mamy tajemnicę, którą odkrywamy krok po kroku i zakończenie takie, że zwala z nóg, a w zasadzie powoduje, że wiemy po co mamy oczy. Muszę teraz sprawdzić inne książki autorki, bo okazuje się, że mam ich sporo na czytniku.
Główną bohaterką powieści jest tytułowa Colette Marceau, którą poznajemy jako młodą dziewczynę w okupowanym Paryżu. Matka wpaja jej zasady przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie tylko zasady, ale uczy ją umiejętności jak odbierać bogatym, a dawać tym, którzy potrzebują pomocy. Szlachetnie, prawda? W 2018 roku Colette ma dziewięćdziesiąt lat i mieszka w Bostonie. Wojenne traumy i obietnica złożona matce nie pozwalają jej zaznać spokoju. Gdy na jednej z wystaw odnajduje bransoletkę w Colette budzą się nie tylko wspomnienia i tęsknota za utraconą siostrą, ale i chęć poznania prawdy. I choć od wydarzeń w Paryżu minęły dziesiątki lat to ona nigdy nie zapomniała, przeżyła swoje dorosłe życie zawieszona między wydarzeniami sprzed lat a próbą odnalezienia sprawców. Czy jej się to uda?? Sięgnijcie koniecznie po Skradzione życie Colette Marceau Kristin Harmel i przekonajcie się sami.
To genialna powieść o poszukiwaniu prawdy, o rodzinnej tradycji, która doprowadziła do tragedii, ale to też powieść o rodzinnych więzach i tęsknocie, o samotności i o tym, że historia zawsze zatoczy koło. Czytało się te książkę jednym tchem. Polubiłam się z Colette i z zazdrością patrzyłam na jej wigor i energię. Ta książka jest pełna zwrotów akcji, tutaj nie ma miejsca na nudę, bo angażuje czytelnika od pierwszej strony. Czytanie tej książki momentami boli i wywołuje łzy.
Jestem zachwycona piórem Kristin Harmel i z pewnością sięgnę po inne powieści, które wyszły spod pióra autorki. Czytajcie, bo zdecydowanie warto.


Moja ocena 9/10

Yuta Takahashi Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień


 Data wydania: 10-02-2025
Wydawnictwo: Rebis 
Ilość stron: 208
Tłumaczenie: Anna Koike - Kamińska

13/2026

Wyobraźcie sobie, że to moje pierwsze spotkanie z literaturą japońską. Ci z Was którzy tutaj zaglądają wiedzą, że kocham naszych rodzimych pisarzy i to z ich twórczością spędzam większość mojego wolnego czasu i to z nimi odbywam literackie podróże. I chociaż doba ma tylko ograniczoną liczbę godzin to wiem, że powinnam tez poznać literaturę z innych kontynentów tym bardziej, że lektur Chibineko. Niezwykłej restauracji wspomnień... zrobiła mi dobrze na głowę. Uruchomiła taką lawinę wspomnień, że musiałam książkę odłożyć na parę dni, bo nie dałam rady czytać.
Kto z nas nie tęskni za bliskimi, którzy odeszli? Jedni szybciej, innym dane było dożyć sędziwego wieku. I chociaż od lat nie ma ich z nami to wspomnienia pozostają, a lektura Chibineko sprawiła, że gotując rosół na obiad myślałam o Tacie, który jedząc moją zupę powiedział: dziecko, żebym do śmierci jadł tak smacznie. Niedługo po tym odszedł, a mnie rosół i makaron zawsze kojarzą się z tym zdaniem, które już zostanie ze mną na zawsze. Moja ukochana Babcia, której też już nie ma ze mną zawsze miała w szafce słoiczek dżemu z jabłek, a właściwie to z samych obierek, bo to byłą moja ulubiona marmolada. Próbowałam kiedyś ją odtworzyć, ale niestety brakowało w niej babcinej czułości i tego z jakim skupieniem obierała te jabłka. Każdy z nas ma wspomnienia związane z najbliższymi, które pojawiają się w najmniej oczekiwanych momentach i które sprawiają, że pamiętamy i chociaż mijają lata to tęsknota niestety nie mija. Pocieszające jest jedynie to, że kiedyś się z nimi spotkamy i może zjemy wspólnie rosół, a może na stoliku podczas śniadania będzie dżem jabłkowy? Nie wiemy tego, bo nikt stamtąd nie wrócił.
Nad morzem, tuż przy plaży stoi restauracja Chibineko, która serwuje dania "ku pamięci". To tutaj poznajemy trzy historie pełne bólu, cierpienia i łez. Posiłki serwowane w tej niezwykłej restauracji przywołują zmarłych. Tęsknota za zmarłymi jest tak wielka dla bohaterów powieści, że są w stanie zrobić dosłownie wszystko, żeby móc się choć raz z nimi zobaczyć, choć raz porozmawiać. Chcą przeprosić, zrozumieć i przede wszystkim pogodzić się ze stratą. Różne historie i jeden wspólny mianownik. Sięgnijcie koniecznie po Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień i dajcie się wciągnąć w tę melancholijną i nieśpieszną powieść.
Ta książka uruchomiła w mojej głowie lawinę wspomnień i tak sobie pomyślałam, że chciałabym trafić do takiej restauracji. Chciałabym spotkać tych, których nie ma ze mną fizycznie, ale towarzyszą mi każdego dnia i wierzę, że czuwają nade mną i obserwują.  Dla mnie to książka, która pozwoliła mi się zatrzymać i złapać oddech w codziennej bieganinie. Jest tutaj spokojnie i refleksyjnie. Potrzebowałam tej książki i jestem niezmiernie wdzięczna, że miałam okazję ją przeczytać.

Moja ocena 8/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis

sobota, 21 marca 2026

Andrzej Krawczyk Jeszcze słychać tę muzykę. Biłgoraj - sztetel utracony


 Data wydania: 14-01-2026

Wydawnictwo: Znak Horyzont

Ilość stron: 448


12/2026


Jak tylko zobaczyłam w zapowiedziach wydawniczych książkę Andrzeja Krawczyka Jeszcze słychać tę muzykę to wiedziałam, że choćbym musiała stanąć na rzęsach to ją przeczytam. Od lat fascynuje mnie historia Żydów, ich kultura i zwyczaje, Czytam książki z II wojną światową w tle i odnoszę wrażenie, że rola Żydów została zredukowana do ich udziału w Holokauście i tematyki obozów koncentracyjnych. Spójrzmy tylko na tytułu, bo z Auschwitz jest już dosłownie wszystko; baletnica, pięściarz, orkiestra i można tak wymieniać bez końca. Dlatego też koniecznie chciałam przeczytać książkę Andrzeja Krawczyka, bo czułam podskórnie, że wiele nauczę się z tej książki i nie pomyliłam się w moich przeczuciach. To była niezapomniana podróż przez historię, tę zapomnianą i ę, o której nie mówi się zbyt często. Ta książka to dla mnie prawdziwe źródło wiedzy, a ja uwielbiam jak coś wynoszę z książki i chociaż podejrzewam, że ta wiedza do niczego mi się nie przyda to ja odczuwam niesamowitą satysfakcję i wdzięczność, że wiem i że mogłam przeczytać tę niezwykłą książkę Andrzeja Krawczyka.

Biłgoraj to miasto położone w południowo - wschodniej Polsce. To tutaj przed wojną zamieszkiwała ludność Żydowska, która stanowiła ogromną część mieszkańców. To tutaj powstał sztetl. Zapytacie co to jest? To właśnie miasteczko, małe skupisko miejskie zachowujące tradycję i obyczajowość żydowską. Żydzi w takich miasteczkach otrzymywali dożywotnią dzierżawę pod cmentarz, pozwolenie ba budowę synagogi i mykwy. I właśnie do takiego prowincjonalnego miasteczka zabrał mnie Andrzej Krawczyk. To miasteczko było odzwierciedleniem obyczajów i życia społecznego ludności żydowskiej. Po sztetlach obecnie nie pozostało prawie nic, a istniały, toczyło się w nich życie, ludzie rodzili się i umierali. Religia była dla nich esencją życia. jedni byli biedni, a inni opływali w dostatki. Taki świat na kartach swojej książki pokazał mi Andrzej Krawczyk.

Jeszcze słychać tę muzykę nie jest opowieścią o ludziach, jest opowieścią o świecie, który istniał, a zniknął prawie bez śladu. To podróż w głąb miasteczka, które żyło i rozwijało się. Biłgoraj poznajemy nie tylko z perspektywy autora, ale także z zachowanych wspomnień mieszkańców. Smaczku książce dodają ilustracje, które przybliżają nam tamten świat. 

Był i zniknął.....


Moja ocena 9/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont

wtorek, 17 marca 2026

Ewa Lange Białe magnolie


 Data wydania: 11-03-2026
Wydawnictwo: Książnica
Ilość stron: 320

11/2026

Czarne orchidee o debiutancka powieść Pani Ewy Lange, która ukazała się w zeszłym roku i którą przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Czekałam na kolejną powieść Pani Ewy, bo mój czytelniczy nos mówił mi, że jak ktoś debiutuje z wysokiego C to z każdą kolejną książką może być tylko lepiej ( chociaż w przypadku autorki wątpię żeby to było możliwe) i obawiam się, że w końcu na najbardziej poczytnym portalu zabraknie gwiazdek do przyznawania, bo wyżej to już tylko chyba niebo i kosmos. Jeśli nie znacie jeszcze twórczości Ewy Lange to musicie to koniecznie nadrobić, a jej nazwisko zapisać dużymi literami, bo z pewnością będzie błyszczeć na literackim firmamencie. Ewa Lange zabrała mnie do czytelniczego nieba. Dostałam wszystko to za co kocham książki: dostałam ogromną lekcję historii, okrucieństwa człowieka wobec człowieka i wybaczania. Dostałam dwie ramy czasowe, które uwielbiam i taką niesamowitą lekcję emocji i pokory, że przez Białe magnolie ciężko będzie mi trafić na dobrą książkę, która mnie pochłonie całą sobą. Tak właśnie sobie pomyślałam, że teraz muszę jeszcze raz sięgnąć po Białe magnolie, aby móc w spokoju delektować się każdym zdaniem i każdą sceną. Ta książka nie była dobra, ona była genialna od początku do końca, to książka, której nie da się odłożyć na " za chwilę" , bo ją się czyta zachłannie i z żalem patrzy na ubywające strony. I w tym miejscu wystosuję apel do Pani Ewy: Szanowna Pani czy mogłaby Pani częściej wydawać książki? To nieludzkie, że na kolejną książkę kazała Pani czekać dziewięć miesięcy. Nie żebym była złośliwa, ale znam autorów, którzy wydają książkę prawie co miesiąc i jakoś dają radę. Nie będę tutaj podawać nazwisk, bo z pewnością się każdy domyśla. 
Dość wstępu, bo Białe magnolie czekają na moją subiektywną ocenę. Jak już wspomniałam mamy tutaj dwie ramy czasowe rok 2024 i 1943. We współczesności poznajemy Olę Sobotę. Młoda, zbuntowana dziewczyna zaczyna swoją pierwszą pracę w Domu Spokojnej Starości Harmonia jako sprzątaczka. Nie jest zadowolona ani z miejsca, które "śmierdzi'" ani z pracy, ale chce za wszelką cenę się usamodzielnić i wyrwać z rodzinnego domu. I znowu muszę wtrącić zdanie, bo jak wiecie sama pracuje w domach opieki i tam rzeczywiście jest specyficzny zapach. Ja osobiście już tego nie czuję, ale kiedyś przyjechał do mnie mąż i pierwsze jego pytanie była; jak wytrzymujesz ten zapach. Ola z czasem przyzwyczaja się do nowych warunków i zaprzyjaźnia z pensjonariuszami, a jej świat staje na głowie, gdy poznaje wnuka jednego z podopiecznych.
Jest i rok 1943, gdzie poznajemy Alkę Kwiatkowską. To młoda, zakochana kobieta, która przez swój zapalczywy charakter wpada w ręce gestapowców i trafia do obozu koncentracyjnego, gdzie przeżywa piekło na ziemi i walczy codziennie o przetrwanie.
Co je łączy i skąd Białe magnolie? Dowiecie się sięgając po rewelacyjną książkę Ewy Lange, bo to jedna z tych powieści, które warto poznać. Już zachwyciłam się debiutem Ewy Lange, a Białe magnolie tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że Pani Ewa pisze nie tylko pięknie, ale i dotyka najczulszych strun czytelnika. Jedno zdanie ciśnie mi się na usta: dla takich książek warto żyć. Nie będę Wam pisać streszczenia książki, bo to lektura, która zasługuje na poznanie całym sobą. Sięgnijcie koniecznie po Białe magnolie i jestem przekonana, że pokochacie twórczość autorki tak jak ja.


Moja ocena 10/10

sobota, 14 marca 2026

Magdalena Wojtkiewicz W obronie miłości


 Data wydania: 25-02-2025
Wydawnictwo: Filia
Ilość stron: 368


10/2026

Czyżbym znalazła kolejną autorkę, po której książki będę sięgać z przyjemnością? Być może. To moje pierwsze spotkanie z Panią Magdaleną Wojtkiewicz i po lekturze W obronie miłości wiem, że muszę nadrobić pozostałe tytuły, bo książkę czytało się znakomicie. Pewnie, że możecie powiedzieć, że książka jest przewidywalna , że główna bohaterka chce zjeść ciastko i mieć ciastko, ale jak dla mnie to książka, która ma w sobie to coś co sprawia, że czyta się z zapartym tchem, a ostatnie strony spędziłam z chusteczką przy oczach. Łzy zrzucam na wiosenne pylenie, bo przecież ja przy książkach nie płaczę:) to chyba największe kłamstwo ostatnich miesięcy. Płaczę, płaczę i bardzo łatwo mnie wzruszyć, ale to znak, że mam oczy na właściwym miejscu.
Autorka w swojej najnowszej książce W obronie miłości zabrała mnie w podróż do okupowanego Ostrowca Świętokrzyskiego. To tutaj poznajemy Urszulę i jej rodzinę, która prężnie działa w konspiracji i każdy kto zapuka do drzwi Sławiaków może liczyć na pomoc. Urszula pomaga matce prowadzić rodzinną piekarnię, a po pracy uczestniczy w tajnych kompletach.  Życie toczy się w miarę spokojnie jak na czas, w którym przyszło jej żyć, ale wszystko do momentu, gdy na drodze naszej bohaterki staje Oskar Osman - oficer gestapo. Osman zauroczył się Urszulą i robi wszystko, aby ich drogi jak najczęściej się krzyżowały. Życie Urszuli już nigdy nie będzie takie samo. Rozdarta między młotem a kowadłem, między chęcią wyciągania pomocy a głosem serca. Jak potoczą się losy Urszuli? Tego dowiecie się sięgając po W obronie miłości Magdaleny Wojtkiewicz.
Ta książka sprawiła, że zapomniałam o sprzątaniu, praniu i gotowaniu. Czytałam zachłannie jakby to miał być mój ostatni dzień. I chociaż Urszula lekko mnie irytowała to byłam pełna podziwu dla jej sprytu, odwagi i bohaterstwa. Dlaczego? Przekonajcie się sami. Ale ta Ula w sumie to była biedna i rozdarta między sercem a rozumem. Własna matka nie była w stanie zaakceptować jej działań, ludzie wytykali ją palcami na ulicy, a jej jedynym błędem było to, że urodziła się w niewłaściwym czasie i ulokowała uczucia w niewłaściwym na tamte czasy człowieku. Ale czy serce jest w stanie posłuchać rozumu?
Uważam, że Magdalena Wojtkiewicz napisała książkę dobrą, wciągającą i z dobrym tłem historycznym. Autorka stworzyła bohaterów z krwi i kości, i historię która wciąga od pierwszej strony. A zakończenie? To już prawdziwy majstersztyk, który sprawił, że zalałam się łzami. W najbliższym czasie muszę  sięgnąć po poprzednie tytuły autorki, bo jestem ich niezmiernie ciekawa.
Sięgnijcie koniecznie po W obronie miłości Magdaleny Wojtkiewicz i dajcie znać jak Wam się podobała ta historia.

Moja ocena 8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Filia

wtorek, 10 marca 2026

Rafał Wicijowski Ostatni taniec


 Data wydania: 11-02-2025
Ilość stron: 336
Wydawnictwo: Filia

9/2026

Moje pierwsze wrażenie po przeczytaniu Ostatniego tańca Rafała Wicijowskiego: powinien być prawny zakaz pisania takich książek, a Wydawnictwo powinno być pociągnięte do odpowiedzialności karnej  za straty moralne i wprowadzenie czytelnika w stan przedzawałowy. Matko kochana co to była za książka:( jak zaczęły pocić mi się oczy gdzieś koło siedemdziesiątej strony to skończyłam zapuchnięta od płaczu. Jeżu co to była za książka, wciągnęła mnie od pierwszej strony i z pewnością pozostanie ze mną na długo. Co zrobiłam zaraz po lekturze Ostatniego tańca. Taka zapłakana i rozmemłana? Otóż podeszłam do osobistego męża, który oglądał jakiś serial i powiedziałam mu: kocham Cię. Dlaczego? Ci z Was, którzy czytali wiedzą dlaczego, a tym przed którymi jeszcze lektura odpowiem: bo mogę, a reszty dowiecie się lekturze książki.
Historia Julii i Michała jest nie do zapomnienia, bo taka miłość zdarza się raz na milion. Poznali się przypadkiem, gdy ona uczyła się do kolokwium. I od słowa do słowa, od spotkania do spotkania wiedzieli, że to jest na całe życie. Miał być ślub, dzieci, wnuki i mieli się razem zestarzeć. Z pewnością tak by było, gdyby nie fakt, że Michał porzucił Julię przed ołtarzem. Nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy i za pośrednictwem przyjaciela dostarczył jej list. Dziesięć słów, które złamały serce naszej bohaterce.
Ciężko jej się było podnieść, z mozołem i pomocą najbliższej przyjaciółki wróciła do żywych. Skończyła studia i podjęła pracę w jednej ze średnich szkół. Długo nie umiała się otworzyć na nowy związek, a jej życie kręciło się wokół pracy i domu. Minęło dziesięć lat od ucieczki Michała sprzed ołtarza i mężczyzna postanowił wrócić po to, aby po latach wyjawić prawdę. Prawda ta sprawi, że życie Julii już zmieni się na zawsze. 
Tę książkę przeżywa się całym sobą. To zdecydowanie jedna z tych lektur, które będą towarzyszyć mi już zawsze. Przepiękna historia miłości, która przetrwa wszystkie burze, ból i czas. O miłości ponad wymiarami i na przekór czasowi. Zawsze wydaje nam się, że mamy czas: czas na rozmowę, czas na bycie ze sobą, czas na życie, a tak naprawdę wystarczy czasami sekunda i okazuje się, że tego czasu nie mamy i zostają niedokończone rozmowy, pustka i cisza, które już nigdy się nie zapełni.
Jestem zachwycona historią, którą stworzył Rafał Wicijowski w Ostatnim tańcu. I chociaż autor tłumaczy nam na końcu, że covid, że na pierwszym roku polonistyki to absolutnie nie Witkiewicz. Panie Rafale, a kto by zwracał uwagę na takie drobiazgi jak ma przed sobą książkę, która wciąga jak bagna i co chwilę trzeba szukać chusteczki?? Gratuluję pomysłu i wykonania. Jestem jak najbardziej na tak i czekam na kolejną Pana powieść.

Moja ocena 10/10