środa, 13 maja 2026

Jakub Bączykowski To nie jest rozmowa na telefon


 Data wydania: 22-04-2026
Ilość stron: 288
Wydawnictwo: W.A.B.

21/2026

" Życie nie daje gwarancji, że jutro będzie takie samo jak dziś."

Pod jakim kamieniem ja się uchowałam, że nie trafiłam jeszcze na żadną książkę Pana Jakuba? To nie jest rozmowa na telefon to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora. Spotkanie to chyba za mało powiedziane, bo to była niezapomniana podróż przez meandry życia. Uważna, wrażliwa, spokojna i przede wszystkim  uwrażliwiająca na drugiego człowieka. Ta powieść to cudo dla czytelników od lat 10 do lat sto. Gdy jesteśmy młodzi to nasi rodzice wydają nam się po prostu starzy, ale czas niestety nieubłagalnie biegnie i następuje zmiana pokolenia, i to my jesteśmy na miejscu naszych rodziców, często jesteśmy dziadkiem czy babcią i na życie zaczynamy patrzeć z trochę innej perspektywy. Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem i każde Boże Narodzenie wydaje nam się coraz szybciej. Sama łapię się na tym, że dopiero był styczeń, a już mamy mój ukochany maj, który za chwilę się skończy, potem tylko wakacje, sezon grzewczy i konieczność zakupu opału i znowu święta. Sama jestem babcią i kocham to moje maleństwo najbardziej na świecie. Gdy mały wpada do nas to mój mąż zawsze podsumowuje jego pobyt jednym zdanie: popatrz sobie na porządek, ba za chwilę go nie będzie :) Czy mi to przeszkadza? Absolutnie nie i mało tego to sama wymyślam mu zajęcia, a to upieczemy ciasteczka, a to ulepimy pierogi, a to malujemy farbkami i to nic, że potem pół dnia trzeba sprzątać. Babcia to instytucja, gdzie dziecko ma się czuć swobodnie i dobrze, ale to wcale nie oznacza, że może wejść na głowę. Trzeba umieć wyznaczać granice i to też w swojej powieści pokazuje Jakub Bączykowski.
W to nie jest rozmowa na telefon poznajemy małżeństwo emerytów: Krysię i Edwarda. Ona dopiero co pozanje smak emeryckiego życia, a on już zdążył się z tym tematem oswoić z racji tego, że jest starszy od naszej bohaterki. Krysia to emerytowana bibliotekarka, dla której książki są całym życiem i aby być w stałym kontakcie z literaturą założyła Klub Książkowych Dusz, gdzie w gronie kilku koleżanek spotykaja się od czasu do czasu, aby omówić wybraną lekturę, ale i żeby podzielić się tym co u której się wydarzyło. Krysia kocha Włochy i to co z nimi związane: słucha włoskiej muzyki, zaczytuje się w powieściach, ale przede wszystkim próbuje swoich sił we wszelkiego rodzaju pastach, pizzach i innych przysmakach z tego regionu. To miłość czysto platoniczna, bo nasza bohaterka nigdy nie odwiedziła tego kraju i chociaż marzy o podróży to zawsze na przeszkodzie stają finanse i potrzeby innych. Mąż Krystyny, Edward to zapalony działkowicz, miłośnik biografii i reportaży. Małżeństwo ma dwoje dorosłych dzieci, jedno na emigracji , a drugie ma swoją rodzinę i bardzo chętnie korzystają z pomocy dziadków przy opiece nad własnym potomstwem. Życie....Dorosłym dzieciom wydaje się, że rodzice tylko czekają na skinienie palcem i biegną z pomocą. A to wcale nieprawda, bo każdy ma swoje plany, przyzwyczajenia i potrzebuje czasu tylko dla siebie niezależnie od tego czy ma lat 20 czy też 60.
Czytałam tę książkę nie tylko z ogromnym zainteresowaniem, ale i zachłannie jakby od tego zależało jutro. Autor pokazuje jak ważne są relacje z bliskim, jak ważna jest rozmowa i umiejętność stawiania granic. Jestem zakochana w tej książce i przeogromnie wdzięczna Wydawnictwu WAB za możliwość jej przeczytania. Do autora mam jednak jedno, ale.... moja lista książek do przeczytania znowu się wydłuży, bo muszę koniecznie poznać poprzednie powieści, które wyszły spod jego pióra.

Moja ocena 10/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B



wtorek, 12 maja 2026

Urszula Gajdowska Rosą pisane


 Data wydana: 25-02-2026

Wydawnictwo: Skarpa Warszawska

Ilość stron: 336

Cykl: Azyl


20/2026


Rosą pisane to kontynuacja Azylu dla serca, który nie tak dawno czytałam i tak mi się spodobał, że musiałam koniecznie sięgnąć po drugą część i powiem Wam szczerze, że był to strzał w dziesiątkę. Pierwsze miesiące tego roku nie należą ani do łatwych, ani do przyjemnych dlatego też chętnie sięgam po książki, które pozwolą mi się odciąć i zanurzyć w świat bohaterów tak, że zapomnę o własnych problemach i kłopotach. Z ogromną przyjemnością wróciłam do Puszczy Knyszyńskiej i znowu znalazłam się w Azylu, gdzie nie tylko zwierzęta znajdują swoją bezpieczną przystań, ale i ludzie pokiereszowani przez los i z ogromnym bagażem doświadczeń.

W Rosą pisane autorka skupia się na siostrze Eryka, którego poznaliśmy w pierwszym tomie, a mianowicie na Edycie. Mieliśmy okazję ją poznać w poprzedniej części. Wiemy, że udało jej się uciec z toksycznej relacji, w której zaznała upokorzeń i przemocy, ale wie, że musi być silna dla dwójki dzieci, które są całym jej światem. Edyta wyleczyła się z męskiego towarzystwa. I wie, że chociaż wspomnienia bolą i ma przed sobą długie lata walki o siebie to jest silna, mądra i odważna. Gdy na horyzoncie pojawia się Dawid między tą dwójką zaczyna iskrzyć jak podczas najcięższej burzy. Dawid to nie tylko przyjaciel Eryka, ale i były wojskowy, który nie wyszedł ze służby bez szwanku na psychice. Czy dla tej dwójki majaczy na horyzoncie wspólna przyszłość? Czy dwoje poranionych ludzi odnajdzie drogę do siebie? Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź w Rosą pisane Urszuli Gajdowskiej.

To przepięknie napisana książka o budowaniu życia na nowo i o odnajdywaniu swojego miejsca na ziemi. Autorka z niezwykłą wrażliwością porusza trudne tematy i nie boi się o nich mówić. Przemoc domowa, trauma wojenna czy zespół stresu pourazowego to tylko niektóre tematy, które znajdziemy w książce. Nie zabraknie tutaj też zwierząt, które po latach udręki i maltretowania znajdą swój azyl, gdzie zostaną otoczone miłością, troską i opieką.

Polubiłam twórczość Urszuli Gajdowskiej i z pewnością jeszcze niejednokrotnie sięgnę po książki autorki.

Moja ocena 9/10

niedziela, 3 maja 2026

Monika A. Oleksa Galeria na Złotej


 Data wydania: 15-04-2026
Wydawnictwo: Filia
Ilość stron: 352


19/2026

Już zapomniałam jaką przyjemność daje mi czytanie książek Pani Moniki A. Oleksy. Zapomniałam jak piękne i wrażliwe są to książki, które są nie tylko dopieszczone w każdym calu, ale i napisane pięknym literackim językiem, wlewające nadzieję i otuchę w skołatane serce. Galeria na Złotej otuliła mnie dobrem, otwartością na drugiego człowieka i uświadomiła, że jutro też wstanie dzień i zaświeci słońce i kto wie może tym razem dla mnie. Książka pozwoliła mi oczyścić głowę z niechcianych myśli i wlała we mnie morze spokoju.
Autorka w swojej najnowszej powieści zabiera mnie do Lublina. To tutaj poznajemy Emilię, która prowadzi przy ulicy Złotej galerię. Emilia stworzyła magiczne miejsce na mapie Lublina,  które przyciąga nie tylko ludzi, ale i zwierzęta. Każdy wie, że znajdzie tu ciepło i dobro. Człowiek oprócz możliwości obcowania ze sztuką dostanie filiżankę dobrej herbaty i słowa, które trafiają w najczulszy punkt, a koty oprócz miski karmy dostaną najlepszy fotel na drzemkę. Jedni zostaną tutaj na dłużej, a inni pójdą swoją drogą. Emilia jest niezwykłą jak dobra wróżka, która chociaż sama dźwiga ciężar na swoich barkach to jednak nie zgorzkniała i pozostałą otwarta na innych i wierzy, że w każdym można dostrzec dobro. 
To tutaj pojawia się Wiktoria, która właśnie w Lublinie zaczęła nowe życie uciekając z domu, w którym zabrakło miłości. To tutaj poznajemy Annę, dla której siniaki i podbite oko to codzienność. I w końcu to tutaj poznajemy Januarego, który tak wiele zmieni w życiu Emilii.
Cała plejada bohaterów sprawia, że przez książkę się płynie poznając historię każdego z nich . Nie są to historie przesłodzone i ociekające lukrem, ale prawdziwe z krwi i kości takie, które mogły się przydarzyć Tobie czy mnie. Historie trudne i pełne łez, bólu i cierpienia, a jednocześnie pełne nadziei i otuchy.
Monika A, Oleksa stworzyła przepiękną historię, która każe się nam zatrzymać w tym nieustannie pędzącym świecie. Historię, która po ciężkim dniu daje wytchnienie i nadzieję na lepsze jutro. Historię tak sugestywną, że ma się wrażenie, że siedzi się w jednym z foteli na Złotej i delektuje się herbatą o smaku rumianku i bławatka, obserwuje kota leżącego w plamie słońca i przed oczami stają obrazy, które zdobią to magiczne miejsce. To książka o relacjach, ludziach i emocjach. To książka zgoła terapeutyczna, która pokazuje, że nawet najbardziej poplątane nitki da się rozsupłać i powstanie z nich piękny kobierzec.
Ja osobiście jestem oczarowana klimatem, piórem i historią, którą stworzyła autorka. W wolnej chwili muszę koniecznie nadrobić te książki, które wyszły spod pióra Pani Moniki, ale w natłoku tytułów gdzieś mi umknęły.
Czytajcie i zachwycajcie się tak jak ja, polecam.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Filia

Moja ocena 9/10

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Urszula Gajdowska Azyl dla serc


 Data wydania: 26-03-2025
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Ilość stron:320
Cykl: Azyl

18/2026

Przeglądałam sobie Legimi i w oczy wpada mi książka Pani Urszuli Gajdowskiej Azyl dla serca. Sięgnęłam po nią ot tak z zupełnej ciekawości, bo nie znałam wcześniej autorki, ale okładka wołała do mnie: czytaj mnie, czytaj. Sami rozumiecie, że jak okładka woła to nie ma lipy i trzeba wziąć lekturę na warsztat. Jak dobrze posłuchać swojej intuicji, bo w Azylu dla serc spędziłam przeurocze chwile. I chociaż nie jest to lektura na miarę Pulitzera to książka zachwyca, otula i podczas czytania robi się błogo na duszy. To moje pierwsze spotkanie z autorką, ale powiem Wam w tajemnicy, że zerknęłam do drugiego tomu Azylu i to tam spędzę najbliższy wieczór. Autorka stworzyła książkę nie tylko dla miłośników literatury, ale i dla sympatyków czworonożnych stworzeń: psów, kotów, koni, kucyków i co tam sobie jeszcze wymarzycie. To świetnie napisana powieść, przy której momentami parskałam śmiechem, nie obyło się też bez scen, w których ze wzruszenia ściskało mnie coś w gardle. Azyl dla serc to była lektura idealna dla mnie: ciepła, lekka, a zarazem zmuszająca do zatrzymania się chociaż na chwilę i przypomnienia, że każdą porażkę można przekuć w sukces, a także o tym, że każdy z nas znajdzie swoje miejsce na ziemi.
Autorka zabrała nas do świata Weroniki młodej i ambitnej pani weterynarz, która wraca do rodzinnego domu na prowincji po tym jak je narzeczony złamał jej serce. Weronika na pomóc w gabinecie weterynaryjnym, którego współwłaścicielem jest jej ojciec. Starszy Pan Garlicki został chwilowo unieruchomiony po wypadku, któremu uległ. Już sama droga powrotu Weroniki do domu była spektakularna, bo jeśli pomyślicie, że zepsuty samochód to apogeum pecha jakie spotkało naszą bohaterkę to od razu mówię, że jesteście w ogromnym błędzie. Mnie ta scena ubawiła tak, że parskałam jak młody źrebak na łące. Weronika stara się wdrożyć w nowe obowiązki, ale nie jest to łatwe, bo musi się zmierzyć nie tylko z uprzedzeniami miejscowych do kobiety weterynarza, ale i musi pokazać ojcu, że potrafi i umie robić to czego nauczyły ją studia.
Mamy i Eryka  - weterana wojennego i właściciela miejscowego przytuliska dla zwierząt. To do niego trafiają uratowane przed rzeźnią konie  i wszelkiej maści zwierzaki nie tylko odebrane z rąk właścicieli, ale i te porzucone w miejscach, gdzie miały dokończyć swój żywot. Drogi Eryka i Weroniki krzyżują się często, ale czy coś z tego wyniknie? Przekonacie się sami sięgając po Azyl dla serc Urszuli Gajdowskiej.
Azyl dla serc to świetnie napisana powieść, z bohaterami, których nie sposób nie lubić. To książka nie tylko o poszukiwani swojego miejsca na ziemi, ale także o traumach z przeszłości, które nie dają o sobie zapomnieć i wracają w najmniej spodziewanych momentach. To książka pełna życiowych mądrości, która pokazuje, że po nocy zawsze przychodzi dzień, a po burzy wychodzi słońce.
Ja jestem zdecydowanie na tak i z pewnością sięgnę po inne tytuły autorki.


Moja ocena 9/10

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Natalia Przeździk Bosorka

Data wydania: 11-03-2026
Wydawnictwo: Dobre Strony
Ilość stron: 336
Cykl: Pogranicze

17/2026

Po rewelacyjnej książce Agnieszki Zakrzewskiej postanowiłam sprawdzić co tam jeszcze wydają Dobre Strony. Mój wybór padł na Bosorkę Natalii Przeżdzik, bo po pierwsze jako sroka okładkowa nie mogłam przejść obojętnie wobec tego małego dzieła sztuki, a po drugie nie znam zupełnie autorki i to było moje pierwsze spotkanie z jej twórczością. Po kolejnej lekturze książki, która wyszła spod skrzydeł Dobrych Stron dopisuję do mojej niekończącej się listy wszystkie pozycje wydawnictwa, bo jak się okazuje wydają same perełki : książki nie tylko wartościowe, ale i takie, z których dowiaduję się czegoś nowego. Już się nie mogę doczekać na kolejną część Pogranicza.
Nie wiem czego się spodziewałam sięgając po Bosorkę, ale myślę, że lekkiej lektury, przy której będzie mi się dobrze dziergać wiosenny sweter. A co dostałam? Książkę pełną emocji, która nie tylko mnie zaangażowała sama sobą, ale i poruszyła najczulsze struny. Chociaż przyznaję, że tym razem obyło się bez morza łez. Powtarzam zawsze i wszędzie, że kocham książki z historią w tle, takie z których coś wynoszę, a jak jeszcze teraźniejszość miesza się z przeszłością to jestem w czytelniczym niebie. To wszystko znalazłam w Bosorce Natalii Przeździk.
Już sam tytuł jest fascynujący. Ja do momentu sięgnięcia po książką Natalii Przeździk nie miałam pojęcia kim lub czym jest bosorka. teraz już wiem, że to wiedźma lub czarownica, która rzuca uroki i zajmuje się magią. Autorka zabrała mnie w podróż do Tymianowej, niewielkiej wsi położonej w Beskidzie Niskim, gdzie przed laty mieszkała bosorka Tekla. Nie mam jej już wśród żywych, ale pozostała po niej chyża i wspomnienia mieszkańców jedna dobre ,a inne niekoniecznie. Teren, gdzie zamieszkiwała Tekla dostał się w łapy deweloperów i ma tutaj powstać nowoczesny spa, hotel i czego tam jeszcze bogaci turyści potrzebują. Czy tak łatwo uda się zrównać chyżę z ziemią? 
TO w Tymianowej mieszka współcześnie Marta, która prowadzi gospodarstwo agroturystyczne. Przyjmuje gości, dba o nich, gotuje i odwiedza zaprzyjaźnioną Nadię. Losy Marty i Tekli w dziwny sposób się przeplatają, Jak to możliwe? Sięgnijcie po Bosorkę Natalii Przeździk i przekonajcie się sami.
Dobrze mi było w Tymianowej, czułam zapach ziół i ognisk, zapach koniczyny i ziemi po deszczu. Poznałam trudną historię ludności łemkowskiej, Czy takiej ponad podziałami ? No chyba niekoniecznie, bo wszędzie znajdzie się ktoś kto podjudza i podsyca nienawiść. 
Autorka z pewnością włożyła kawał serducha w napisanie Bosorki i czuć to na każdej niemal stronie. Trudna historia i  poplątane losy w przepięknych okolicznościach przyrody sprawiły, że przeczytałam Bosorkę jednym tchem. Cóż moge powiedzieć: chcę więcej już i natychmiast, bo jestem niezmiernie ciekawa losów Marty, która chociaż sama dźwiga trudną historię, po której niejeden nie umiałby się podnieść to ma otwarte serce i umysł na drugiego człowieka. Polubiłam ją od pierwszego rozdziału i przyznaję, że chciałabym na swojej drodze spotkać taką Martę. 
Zabieram się za czytanie kolejnej książki, a Wam polecam Bosorkę z całego serca, bo to jedna z tych książek, które pozostają w nas na długo.


Moja ocena 9/10
 

sobota, 28 marca 2026

Agnieszka Zakrzewska Broszka ze szmaragdową chmurką


 Data wydania: 25-03-2026
Wydawnictwo: Dobre Strony
Ilość stron: 376
Cykl: Rodzina Lubawskich

16/2026

Zaczęłam najnowszą książkę Agnieszki Zakrzewskiej Broszka ze szmaragdową chmurką jak tylko pokazała się na Legimi i czytałam codziennie jeden rozdział tylko po to, aby sobie dawkować przyjemność. Przyznaję, że było ciężko, bo autorka znowu stworzyła opowieść, od której nie mogłam się oderwać. W momencie, gdy zobaczyłam na profilu Wydawnictwa zapowiedź drugiego tomu to....hulaj dusza, piekła nie ma. Skończyło się dawkowanie i mogłam bezkarnie zanurzyć się w tej niesamowitej historii. Jaka to była dobra książka, pełna bohaterów, których się kocha od pierwszego poznania, pełna detali, zapachu kawy, cynamonu i drogocennych kamieni. Pani Agnieszka ma niesamowity dar snucia opowieści w taki sposób, że czytelnik czuje się zaopiekowany i wciągnięty między karty powieści. Jako miłośniczka wszelkich sag rodzinnych czuję się usatysfakcjonowana i powiem szczerze, że nie mogę się doczekać drugiego tomu. Już oczami wyobraźni snuję scenariusze co może się wydarzyć, ale znając pióro Pani Agnieszki coś czuję, że wszystkie moje przypuszczenia i tak się nie sprawdzą. 
Autorka zabrała mnie do Jaskółki, małej urokliwej miejscowości z gatunku tych, że na jednym końcu ktoś kichnie, a na drugim mówią, że umiera. Miasteczko w stylu każdy każdego zna. To tutaj mieszka rodzina Lubawskich, która od pokoleń prowadzi zakład jubilerski założony przez nestora rodu Pana Juliana. I chociaż już nie ma go na tym świecie to pałeczkę przejęło kolejne pokolenie: syn Pana Juliana _Rafał i jego córka Konstancja. Przed laty byłą jeszcze starsza siostra Rafała, Janina, która wyjechała w tajemniczych okolicznościach najpierw do NRF- u, a potem do Stanów. Od lat rodzeństwo nie utrzymuje z sobą kontaktu. Dlaczego? Tego dowiecie się sięgając po Broszkę ze szmaragdową chmurką Agnieszki Zakrzewskiej. W tajemnicy mogę Wam powiedzieć, że Janina wróci do Jaskółki, ale tego co nią kierowało dowiecie się z książki.
Cała plejada bohaterów sprawia, że książkę chłonie się całym sobą. Polubiłam Konstancję i jej chęć niesienia pomocy, jej nieszablonowe podejście do życia i empatie wobec drugiego człowieka. Polubiłam Józka, który pojawił się z jakiegoś powodu w Jaskółce spod samiuśkich Tater wraz ze swoją góralską gwarą, która jest bliska mojemu sercu. Polubiłam Janinę i jej niezłomny charakter. Polubiłam starsze małżeństwo, które pojawia się na kartach powieści za ich dozgonną miłość. Polubiłam... mogę Wam wymieniać jeszcze i jeszcze, ale myślę, że najlepiej jak sami zanurzycie się w tej niesamowitej powieści.
Agnieszka Zakrzewska z wrodzoną wrażliwością snuje swoją opowieść pozwalając nam poznać arkana pracy jubilerskiej i piękno kamieni szlachetnych. Chociaż sama nie obwieszam się biżuterią jak choinką to mam swoje ulubione świecidełka z którymi nie rozstaję się na co dzień. Autorka stworzyła kolejną cudną powieść, od której nie tylko nie idzie się oderwać, ale i przy której ocierałam ukradkiem łzy. To powieść o rodzinnych relacjach i o ludziach,  o Tobie, o mnie i o starszej pani, która mijamy na ulicy. Agnieszka Zakrzewska stworzyła powieść idealną, która nie  tylko czyta się sama, ale i pozwala się na chwilę zatrzymać i złapać oddech. Ja osobiście kocham powieści, które mnie tak wciągną, że nie przeszkadza mi leżenie obok kurzu czy brak obiadu. 
Mam tutaj małą prośbę do autorki: może Józek i Konstancja?? Ten kto czytał z pewnością wie o co mi chodzi, a niewtajemniczeni dowiedzą się po lekturze Broszki ze szmaragdową chmurką

Moja ocena 10/10

wtorek, 24 marca 2026

Wioletta Filipowska Ulice, która pamiętały wojnę

 


Data wydania: 18-03-2026

Wydawnictwo: Filia

Ilość stron: 312


15/2026

Wiecie doskonale, że kocham debiutujących pisarzy i jak tylko mam okazję to bardzo chętnie sięgam po ich książki. Wioletta Filipowska debiutowała właśnie Ulicami, które pamiętają wojnę. Okładka cudnej urody, opis zachęcający, bo oczywiście II wojna światowa w tle i tutaj niestety moje zachwyty nad książką się kończą. Nie znaczy to, że była ona zła, ale nie było nam niestety po drodze. Dacie wiarę, że te 312 stron czytałam dwa tygodnie. Gdyby nie fakt, że dostałam ją do recenzji od Wydawnictwa Filia to pewnie po pierwszym rozdziale powędrowałaby na półkę. 

Książka jest utkana ze wspomnień najpierw młodej Antoniny, której wojna zabrała wszystko. Dorastająca dziewczyna straciła nie tylko dom i przyjaciółki, ale i poczucie stabilizacji i bezpieczeństwo. Razem z matką i młodszą siostrą trafiają do Łodzi, gdzie znajdują schronienie u najbliższej krewnej. To tutaj walczą o każdy dzień i szukają zajęcia, które nie tylko da im zarobek, ale i pozwoli przetrwać. To w Lodzi Apolonia poznaje swoją pierwszą miłość, ale niestety z planów na bycie razem zostają nici, bo Julek tak jak się nagle pojawił tak zniknął i ślad po nim przepadł. Po wojnie Apolonia wraz z matką znowu szukają swojego miejsca, bo ich rodzinny dom zbombardowali Niemcy. 

Opowieści Antoniny słuchamy razem z jej wnuczką, bo to z tej perspektywy poznajemy losy głównej bohaterki. W tle przewija się też szklana salaterka i anyżowe landrynki. Dlaczego??? Jeśli sięgniecie po debiutancką powieść Wioletty Filipowskiej to Wasza ciekawość będzie zaspokojona.

Przyznaję, że skończyłam Ulice, które pamiętały wojnę niejako z obowiązku, ale bez grama przyjemności. Nie kliknęło między mną a książką od pierwszego rozdziału i tak niestety zostało do końca. Zabrakło mi w książce emocji, które sprawiają, że czyta się ją z zapartym tchem i trochę jak dla mnie było chaotycznie, a miejscami nawet nudno. Szkoda, bo polubiłam  Antoninę i byłam niezmiernie ciekawa jej losów tych wojennych jak i powojennych. Zabrakło mi jednak tego czegoś co sprawia, że książka na długo zapada w pamięci. 

Czytaliście Ulice, która pamiętały wojnę Wioletty Filipowskiej? Jeśli tak to dajcie mi koniecznie znać jak Wam się podobała ta książka.


Moja ocena 5/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Filia